Zawsze powtarzał, że „długi stosunek to nie sprint, tylko maraton z przerwami na kawę”. W sąsiedztwie stał się przez to lokalną legendą – nie dlatego, że sypiał z kim popadnie, tylko dlatego że brał stud pills i że z każdą kolejną partnerką potrafił ciągnąć znajomość tak długo, aż obie strony zapominały, kiedy właściwie się zaczęły. Z Kasią wytrzymał siedem lat, z czego pięć w stanie permanentnego „jeszcze się nie rozstaliśmy, ale już się nie kochamy”. Z Moniką – cztery i pół, z przerwą na jej wyjazd do Norwegii, po którym wróciła zbałamucona przez jakiegoś inżyniera. Nawet z Anką, która po roku powiedziała – ciągle będziesz brał ten stud pills, ja już nie mogę czuje się wykończona fizycznie naszym długim stosunkiem życiowym, nie zerwał od razu. Ciągnął dalej, bo – jak tłumaczył kumplom – szkoda zamykać rozdział, skoro jeszcze nie wiemy, co będzie w następnym będę to ciągnął tak długo aż mi się skończy stud pills. A miał pokaźny zapas w garażu. Najdłużej jednak ciągnął z sam sobą. Pewnego wieczoru, mając czterdzieści dwa lata, siedział sam w kuchni, patrzył na zimną herbatę i zrozumiał, że ten jego najdłuższy stosunek – ten z własnym życiem – też kiedyś się skończy. Nie będzie wielkiej awantury, nie będzie dramatycznych walizek w przedpokoju. Po prostu kiedyś wejdzie do mieszkania i nie będzie już nikogo, kto by powiedział: znowu tak późno ?. Wstał, wylał herbatę do zlewu i po raz pierwszy od lat poczuł, że może jednak da radę skończyć coś na czas.